czwartek, 5 października 2017

Nie urodziłam mojego syna? vol.2

Zgodnie z wytycznymi od lekarza pojechaliśmy do szpitala. Wcześniej jednak (nie wiem jakim cudem) wzięłam prysznic, zrobiłam delikatny makijaż, ogarnęłam włosy i strój, a to wszystko między skurczami. I (już) 1,5h później byliśmy w szpitalu. Staję pod Izbą Przyjęć, patrzę, a tam kolejka na cały korytarz. Myślę PIĘKNIE grrrr, ale cóż siadam, wstaję, siadam, wstaję, oddycham, czekamy... Szczęśliwie zanim się obejrzałam zostałam poproszona bez kolejki. Swoją drogą jak teraz o tym myślę, to chyba było logiczne, że pójdę pierwsza;)

Wchodzę, mówię co i jak, że Pan doktor kazał, ale ja nie chcę robić kłopotu i to pewnie nic, bo ja mam termin, więc to muszą być przepowiadające... Podpinają mnie pod ktg, robią badania (tu szczegółów opisywać nie będę, przyjemne to nie było, ale lekarka miała w sobie tyle wyczucia, szacunku dla mnie i delikatności, że poszło ok), małe poruszenie, znowu czekam. W końcu pytam co robimy i przypominam, że ja mam ustalony termin. Ginekolog mówi mi, że nic z tego. W głowie panika. 

- A co z moim lekarzem?
- Nie ma go.
- Wiem, że nie ma, ale kiedy będzie?
- Za trzy dni.
- A ok. To ja poczekam.

I przysięgam Wam, że mówiłam to całkiem poważnie. Naprawdę zamierzałam się "wstrzymać" ;)

- Ale Pani nie może czekać. Pani rodzi.

No i tu nastąpiła krótka wymiana zdań, po której lekarze i pielęgniarki zapewne doszli do wniosku, że trafiła im się wariatka (nie pierwsza zapewne;p). Postanowili więc zmienić taktykę i przestali mówić o porodzie, a zaczęli przeprowadzać mnie przez cały proces małymi kroczkami, no bo przecież nie będę protestować jeśli poproszą o przyniesienie walizki, albo zestawu do pobrania krwi pępowinowej. 

Ja skupiłam się na oddychaniu. Wiedziałam co się święci, ale byłam przerażona, że mojego lekarza nie ma, więc starałam się odsuwać od siebie myśl o przedwczesnym porodzie. Pocieszało mnie, że dzwoni co chwilę i dopytuje i tłumaczyłam sobie, że na bank "przekazał" mnie w dobre ręce. Tym sposobem wylądowałam w sali porodowej. Wykąpałam się raz jeszcze, wysmarowałam jakimś płynem, który mi podali, poprzytulałam do męża i trochę jego zaczęłam uspokajać (jeśli ja byłam wystraszona to on był na skraju zawału). Przebrałam się w gustowną piżamkę szpitalną, w której ku wielkiemu zdziwieniu całkiem było mi do twarzy. Cóż... trudno się dziwić, powoli wraz z adrenaliną napływały endorfiny. Zanim trafiłam na salę operacyjną, zetknęłam się chyba z dziesięcioma osobami z personelu, z których KAŻDA, absolutnie KAŻDA była cudowna. Tak sobie wyobrażam odpowiednią opiekę podczas porodu. Jestem pewna, że wiele traum poporodowych bierze się z zetknięcia z nieodpowiednim personelem. Czasem wystarczy jedno nieodpowiednie zdanie, żeby w tym momencie, gdy kobieta jest tak silna i tak krucha jednocześnie, zranić ją na lata. Miałam mnóstwo szczęścia. Czułam się bezpieczna, rozumiana i wspierana. 

I tak... sama nie wiem kiedy... po czternastu godzinach skurczy, znalazłam się na stole operacyjnym. Nie było tak zimno, jak się spodziewałam. Anestezjolog, który był przy mnie zagadywał, opisywał krok po kroku co się dzieje, trwało to zaskakująco długo, a ja byłam zaskakująco przytomna. Znieczulenie podpajęczynówkowe było "najprzyjemniejszym" ze wszystkich dotychczasowych, ledwie poczułam ukłucie i już go nie było. Nie czułam nawet tego "ognia" w kończynach, do którego przyzwyczaiły mnie poprzednie razy. Potem wszystko szło tak, jak (zgodnie z moją wiedzą) pójść miało. Trochę zimna na brzuch. Trochę szarpania, uciskania. Sporo anestezjologicznych żartów. Gatka szmatka:) 

I nagle usłyszałam TEN głos. 
TEN, na który czekałam tyle lat. 
TEN, za którym tęskniłam podczas tylu nieprzespanych nocy.
TEN, który wypełnił dziurę w sercu głęboką, jak rów mariański. 
TEN, który zatrzymał czas. 

Dokładnie tak. W momencie, kiedy położna mi go podała, takiego ciepłego, mokrego, śliskiego... świat się zatrzymał. Nic nie miało znaczenia. Leżeliśmy tak dłuższą chwilę. Tuliliśmy się. Ta ekstatyczna przyjemność, jaką odczuwałam w zetknięciu z nagim ciałkiem naszego Syna jest nie do opisania. N I E D O O P I S A N I A! Pewnie bym sobie popłakała teraz trochę zawieszona we wspomnieniach, ale tak jak położna przerwała po dłuższej chwili tę euforię, pytając czy dać Groszka Tacie, tak teraz Groszek sam przerywa moje momenty wzruszenia na tysiąc różnych sposobów, przez co piszę ten wpis już drugą godzinę (w międzyczasie pranie, tulenie, karmienie, przewijanie, zabawa;p).

Powiedziałam, że oczywiście, Tata czeka, choć prawda była taka, że nie miałam najmniejszej ochoty rozdzielać się z moim dzieckiem ani na sekundę. Chciałam natomiast wylizać każdy milimetr jego mokrego, pięknego, doskonałego ciałka. Jakie to pierwotne... Cóż... Nie było wyjścia, Groszek narodził się też dla świata. Przestał być już tylko "mój" i  musiałam się podzielić;) Kiedy zobaczyłam, że jest bezpieczny przy Tacie straciłam świadomość na parę chwil. Widać moje ciało musiało odreagować minioną noc (pewnie też cały ostatni tydzień) i szok związany z operacją. Grunt, że ta chwila całkowicie wystarczyła do regeneracji na kolejne parę dni. Po dwudziestu minutach, byłam znowu razem z moimi mężczyznami. Na moją prośbę położna pomogła mi przystawić Groszka do piersi (ehh... akurat tę pomoc mogła sobie darować;p). I tu już na całego zaczęłam się upajać oksytocyną. Groszek okazał się urodzonym ssakiem. Silnym, bystrym, efektywnym. A ja puchłam z dumy i celebrowałam ulgę (ależ się tego momentu bałam). Oczywiście nie sprawdzałam czy zjadł cokolwiek, bo w tych pierwszych karmieniach nie o jedzenie przecież chodzi. Cieszyłam się chwilą i czułam nadludzki przypływ sił. 

Mówią, że poród naturalny daje kobiecie niesamowite poczucie mocy. Myślałam, że nie stanie się to moim udziałem. A jednak, mój poród był doświadczeniem niezwykle WZMACNIAJĄCYM. Nie wiem czy to zasługa mojego nastawienia, czy cudownego personelu, czy braku komplikacji, czy bonusowych skurczy i bóli krzyżowych, które miały mnie przecież ominąć, czy obecności wspierającego męża, czuwania zaufanego lekarza, szacunku z jakim traktowano mnie na każdym etapie tego procesu, czy w końcu mojego doskonałego w każdym calu Syna, który w końcu, po tych wszystkich latach "tułaczki" dotarł do domu, czyli w moje ramiona... Myślę, że wszystkie te czynniki razem wpłynęły na moje samopoczucie, które opisane słowem "euforyczny" straciłoby mnóstwo z bogactwa emocji, jakie wtedy odczuwałam. Każdej kobiecie i każdemu dziecku życzę TAKIEGO satysfakcjonującego porodu. 

A że Groszek nie przeszedł przez "święty kanał rodny"*. Cóż... jak się nie ma co się lubi;) Nie powiem, gdybym była w ciąży i miała dowolność wyboru próbowałabym rodzić naturalnie. Myślę, że jakaś maleńka cząstka mnie będzie żałować, że tak się nie stało. Ale zdecydowanie większa część mnie jest szczęśliwa i wdzięczna, że sprawy potoczyły się właśnie tak, i że na wiele sposobów mnie zaskoczyły. Miało nie być skurczy, a były. Miało nie być akcji porodowej, a była (w części oczywiście). Miało nie być męża, a był i to przez cały pobyt w szpitalu łącznie z nocami (cóż za błogosławieństwo!). Miało nie być kontaktu skóra do skóry natychmiast po porodzie, a był. Miały być problemy z karmieniem, a nie było. Miał być ból nie do zniesienia, a jednak go zniosłam. Miał być mój lekarz, a nie dojechał. A jednak mam nieodparte wrażenie, że mimo tylu zawirowań, lepiej się już urodzić nie dało;)))

A co do tego czy URODZIŁAM czy może wydobyto ze mnie mojego Syna? Nieprzekonanych nie przekonam, ale napiszę do tych, którzy być może mają podobne wątpliwości do moich... Zainspirowana artykułem (KLIK), który BARDZO pomógł mi poukładać w głowie wszystkie rozterki, sprawdziłam definicję słowa rodzić w słowniku:) 

rodzić = dawać początek czemuś, dawać życie

Chirurg, który mnie operował, faktycznie wydobył Groszka z mojego łona. A że zrobił to sprawnie, bezpiecznie a do tego z szacunkiem dla mnie i mojego Syna to będę mu dozgonnie wdzięczna. Ale to ja DAŁAM Groszkowi życie. DAŁAM z siebie wszystko co miałam, żeby sprowadzić Go bezpiecznie na ten świat. I tyle w temacie. Więcej nie napiszę, bo nie przebiję artykułu, który podlinkowałam wyżej. Oddaje doskonale mój aktualny punkt widzenia:)

*mam nadzieję Migdałku, że nie masz mi za złe, że wykorzystałam cytat z Ciebie:) doskonały (!)

 

piątek, 30 czerwca 2017

Nie urodziłam mojego Syna?

O tym, że nie urodzę siłami natury wiedziałam od wielu lat. Gdy lekarz po raz pierwszy o tym wspomniał byłam zawiedziona, ale w tamtym momencie najbardziej chciałam wyzdrowieć, więc nie "zawracałam sobie tym głowy". Kiedy już stanęłam na nogi i słowa lekarza dotarły do mnie na dobre, byłam załamana. Nie dość, że choroba przysporzyła mi mnóstwo nerwów, bólu i stresu to jeszcze zabrała coś o czym tak bardzo marzyłam. Polało się wiele łez zanim zaakceptowałam (jak mi się wtedy wydawało) sytuację. W końcu zresztą i tak nie było się nad czym zastanawiać, bo starania trwały i trwały i bywały momenty, że zastanawiałam się czy będę w stanie urodzić w jakikolwiek sposób. Kiedy więc dowiedziałam się, że jestem w ciąży, byłam przeszczęśliwa (jak zresztą dobrze wiecie;p) i znowu kwestia rodzaju porodu nie spędzała mi snu z powiek. Do czasu...
 
Mniej więcej w połowie ciąży zaczęłam rozmawiać z ginekologiem o cesarce. Jak to wygląda, czego się spodziewać, jak się przygotować, etc. I im więcej rozmawiałam, tym intensywniej wracały do mnie dawne łzy, złość, frustracja. Byłam zawiedziona. Jak to nie urodzę sama? Przecież jestem siłaczką! Po tym wszystkim co przeszłam poród siłami natury to byłoby dla mnie kichnięcie;) Nie pisałam Wam o tym, ale strasznie mnie to męczyło. Niejedną noc zarwałam. Niejeden wieczór przegadałam z mężem, rozważając czy aby nie powinnam jednak zaryzykować (swojego zdrowia). Z jakiegoś powodu (wiwat internety i inne media) ubzdurałam sobie, że taki nieudany start będzie oznaczał dla mnie nieudane macierzyństwo, a dla Groszka to już zupełnie samo zło. Na szczęście obiecałam sobie, że będę się tą ciążą cieszyć do wypęku;p, więc szybko znalazłam sobie tematy zastępcze w tym główny, czyli karmienie piersią. Postanowiłam, że skoro na poród nie mam wpływu (jak się okazało nie do końca), to zrobię co w mojej mocy, żeby karmić naturalnie. Zajęłam się więc zbieraniem informacji i przygotowywaniem do tego zadania najlepiej jak umiałam (o tym kiedyś napiszę więcej szczegółów). Dzięki temu kwestia porodu nie dominowała w mojej codzienności, choć myślałam o niej oczywiście i bałam się komplikacji, powikłań, bólu, dłuższego okresu rekonwalescencji.
 
Nie będę tu wyliczać za i przeciw poszczególnych rodzajów porodów, choć na swój użytek takie zestawienie poczyniłam. Nie będę mówić, że cesarki górują nad porodami naturalnymi, ani odwrotnie. Nie będę pisać, że najważniejsze jest bezpieczeństwo i zdrowie dziecka i mamy bo to dla mnie oczywiste. Napiszę natomiast, jak to było u nas... A było... oczywiście PRZEPIĘKNIE:)))
 
Zacznę może od tego, że wstępny termin zabiegu miałam wyznaczony jeszcze w pierwszym trymestrze. Został ustalony na tydzień przed szacunkową datą naturalnego porodu, bo taka jest praktyka. Nie wiem czy jest tak tylko w szpitalach, w których się konsultowałam, czy w całej Polsce, grunt że ginekolog wytłumaczył mi dlaczego data jest taka, a nie inna. Potem kolejni lekarze potwierdzali go przy okazji badań i ponieważ każdy mówił to samo, byłam przekonana, że wiem kiedy urodzi się mój Syn (dobrze, że nie wygrawerowałam zawczasu daty na zegarku, jaki dałam mężowi z okazji narodzin Groszka;p). I choć początkowo miałam przeczucie, że Groszuń pospieszy się na świat to w obliczu lekarskich autorytetów uciszyłam ten wewnętrzny głos.
 
Na dwa tygodnie przed wyznaczoną datą spotykałam się z moim lekarzem co trzy/cztery dni, żeby upewnić się, że nic ni pokrzyżuje naszych planów. Wszystko szło jak po maśle. Zaplanowałam więc ostatnie dni pod korek. Miały być spotkania z przyjaciółmi, kolacje we dwoje, manicury, pedicury, ostatnie sprawunki, parę imprez. Z pewną trudnością realizowałam te plany bo ostatni czas okazał się być gehenną bóli krzyżowych. Ale co tam, stosowałam zasadę mind over body i sądziłam, że świetnie maskuję trudności, do czasu gdy podczas spotkania przyjaciel (widząc w jakim jestem stanie - niewykluczone, że byłam zielona;p) zaproponował, że zawiezie mnie na porodówkę. Podziękowałam grzecznie, powiedziałam że świetnie się czuję (hahaha) i pomyślałam, co on tam wie. Ja mam swój termin, swoje plany. Jeszcze przecież tydzień do i tak przyspieszonego terminu. Cóż... To było 24h przed tym, jak rozpoczęła się akcja porodowa;) Czyli jednak coś tam wiedział;)))
 
Następnego dnia o północy zaczęły się skurcze. No ale ja miałam swój termin przecież! Tak więc uznałam, że to przepowiadające, wstałam z łóżka, poszłam do salonu i postanowiłam, że przeczekam;p i nie będę zawracać mężowi głowy. Paradoksalnie to była ta noc w tygodniu, kiedy najbardziej się wyspałam. Skurcze nabierały na częstotliwości i intensywności. Gdy się zaczynały zrywały na równe nogi, ale pomiędzy zasypiałam w ułamek sekundy, aż do następnego skurczu i tak gdzieś do piątej nad ranem, kiedy odszedł czop śluzowy (wybaczcie szczegóły). Wtedy zaczęłam mieć wątpliwości i obudziłam męża. Chciał jechać od razu do szpitala, ale przypomniałam mu, że to jeszcze nie termin;p i poprosiłam, żeby ze mną posiedział. Skurcze były nieregularne i co dziesięć, piętnaście minut, więc uznałam, że tak czy inaczej mam jeszcze czas. O siódmej mąż poprosił, żebym zadzwoniła do lekarza. Postanowiłam poczekać jeszcze godzinę, żeby nie zrywać doktora z łóżka;) O ósmej trzydzieści mąż już nie prosił, tylko kazał wybrać numer;)
 
- Dzień dobry Panie doktorze, tu Uczuciowa. Za tydzień mam ustalony termin cesarki, ale dzieje się to i to, więc postanowiłam zadzwonić. Mam czekać prawda?

- Nie, ma Pani natychmiast jechać do szpitala.

- Hmmm... Ale ja dam radę...

- Rozumiem (z uśmiechem w głosie), proszę jechać do szpitala:)
 
I dzisiaj, to by było na tyle.
Jak zwykle się rozpisałam, ehhh...
Część druga niebawem:) 
 

wtorek, 27 czerwca 2017

Co u nas?

Dziś krótko :)

Jestem! Zaglądam na Wasze blogi! Czasem nawet coś skomentuję;p i prawie codziennie zabieram się do nowego posta... Jednak...

Macierzyństwo przeszło moje najśmielsze oczekiwania (mam wrażenie, że się powtarzam). Żadne marzenia z czasu oczekiwania nie równają się z rzeczywistością! Mam pięknego, zdrowego, pogodnego Syna, który czasem daje w kość (i wtedy czuję się nędznie, jak nikt, sprawiając czasem, że przy okazji nędznie czuje się mój mąż;p - wybacz Kochanie!!!) ale na zmęczenie, kłopoty i wyzwania byłam całkiem dobrze przygotowana. Pojawiają się regularnie. Nie przygotowałam się natomiast na tyyyyle piękna!!!

Krajobraz wyczekanej, wytęsknionej Australii jest tak fascynujący, tak różnorodny, tak się zmienia z dnia na dzień, że z jednej strony cieszy mnie to niezmiernie, a z drugiej żal każdego momentu, który już minął. Dlatego na liście priorytetów nowe posty lądują pod chwilami spędzonymi z naszym coraz okrąglejszym Groszkiem;) Tak jak okres ciąży "wycisnęłam jak cytrynę", tak "wyciskam" co się da z początków macierzyństwa:)

Nie mogę obiecać, kiedy i jaki post pojawi się w następnej kolejności. Obiecuję natomiast odpisywać w miarę możliwości na wszystkie Wasze komentarze i maile, do czasu aż tak się zorganizuję, że będę w stanie dołączyć do nich nowe wpisy:) Tymczasem... może jest jakiś temat, który chciałybyście (chcielibyście), żebym poruszyła? Jestem na etapie planowania kolejnych postów. Mam trochę tematów, którymi chciałabym się podzielić, ale może są jakieś które szczególnie Was interesują? Postaram się w miarę możliwości odpowiedzieć na Wasze potrzeby:)

Groszek właśnie zasypia. Patrzę na niego i nie mogę uwierzyć, jak urósł. Nie mogę też uwierzyć, że jest "nasz". Jak to możliwe, że "dostaliśmy" taki cud w opiekę? Myślę, jaka to wielka odpowiedzialność i puchnę z dumy, że takie zadanie zostało mi powierzone. A bardziej prozaicznie? Właśnie tulę Go w ramionach, bo w trakcie mojego pisania zdążył zasnąć i obudzić się przez brudną pieluchę, przypomniał sobie, że jest głodny i zarządał (stanowczo, acz łagodnie;p) natychmiastowego karmienia. Siedzę więc w fotelu, piszę, rozglądam się po całkiem wysprzątanym mieszkaniu, rzucam okiem na pełną suszarkę pieluszek i zastanawiam się czy wybrać dziś prasowanie, drugi spacer czy może trening, bo wszystkiego zrealizować nie dam rady;) I cieszę się NIEZMIERNIE, że takie, a nie inne mam aktualnie problemy:)))

Ściskam Was PRZEOGROMNIE!!!

P.S. A miało być krótko ;)

piątek, 26 maja 2017

Twój Dzień

Ten post dedykuję każdej z Was, która Mamą czuje się w sercu!!!

Dla mnie to zawsze był, jest i będzie Twój Dzień!

Zasługujesz na niego przez każdą wylaną łzę...
Przez każde bolesne badanie, zastrzyk, zabieg...
Przez odarcie z intymności, na które nikt w zwykłej sytuacji by się nie godził...
Przez izolację, którą odczuwasz każdego dnia...
Przez tęsknotę, jaka wypełnia Twoje wielkie serce...
Przez determinację, z jaką podejmujesz kolejne wysiłki, kiedy wiary i energii już brak...

To się nazywa MIŁOŚĆ!!! Wyjątkowa, bo do Kogoś, kogo nie dane Ci było jeszcze zobaczyć, dotknąć, przytulić, ucałować...

Dla mnie Jesteś Mamą!

Jesteś DZIELNA!
Jesteś SILNA!
Jesteś WYJĄTKOWA!

I przede wszystkim NIE JESTEŚ SAMA, choć nieraz tak się właśnie czujesz.

Kibicuję Ci z całego serca i wierzę, że Twoje dziecko szuka (i znajdzie!) drogę do domu.

Nie poddawaj się!



Wiedz, że jest ktoś kto (szczególnie dzisiaj) Cię podziwia za wszystkie wysiłki. Ktoś kto doświadczył wiele bólu i tracił wiarę więcej razy niż jest w stanie zliczyć. Ktoś kto rozumie, wiele sprzecznych uczuć, jakie Tobą targają.

KTOŚ, KTO DZIŚ WIRTUALNIE, MOCNO CIĘ PRZYTULA!!!

wtorek, 9 maja 2017

Pocztówki z Australii

Jest pięknie! Kilka migawek z naszego życia nie odda tego piękna w całości, ale da pewne wyobrażenie:)

Miałam przepiękny poród. Cudowne, wzmacniające przeżycie, jakiego życzę każdej kobiecie. Nie trzeba było prywatnego szpitala, opłaconej położnej ani nic w tym stylu. Po prostu trafiłam na cudowny personel i miałam cudowne wsparcie w mężu, nie do przecenienia:)

***

Mały jest dla nas wyjątkowo łagodny. Je, śpi, ogląda świat. Nie dokuczają mu kolki, jest najedzony, przybiera na wadze i wygląda na zadowolonego, więc na razie chyba nie daliśmy ciała za bardzo;)

***

Mąż wstaje po raz trzeci w nocy, żeby przewinąć Małego, przynieść mi Go do karmienia i podać szklankę wody. Przy okazji proponuje drapanko, towarzystwo (Groszek lubi dłuuuugie nocne karmienie) i odbicie naszej pociechy po wszystkim. 

***

Straciłam rachubę, który to już gość przychodzi do Groszka. Jestem zmęczona tymi wizytami ale ogromnie wzruszona, że dla tak wielu osób nasz Groszek jest ważny. Tyle osób chce go poznać. Tyle się dzieje, że mam wrażenie, jakby był z nami pd roku ;) Spokojnie! Aż tak się nie kamuflowałam;)

***
Środek nocy. Druga, trzecia, czwarta. Zastój w piersi. Ból, stwardnienie, strach że to znowu... Naczytałam się o zapaleniach, ropniach, zabiegach chirurgicznych, etc. Łzy się leją wbrew mojej woli. Chciałabym się pomodlić, żeby było lepiej, ale jestem do tego niezdolna. Już jest najlepiej!!! Mam więcej niż kiedykolwiek się spodziewałam. Zamiast prosić o poprawę dziękuję za Niego po raz enty, nadal cała we łzach. Budzę się rano. Po zastoju, bólu, guzkach ani śladu. Co za ulga!!!

***

Groszuń zbiera same zachwyty. Że od nas, rodziny i znajomych to wiadomo;) Ale zachwycają się też lekarze! Przy okazji wystawiają zatroskanym rodzicom laurkę z wyróżnieniem za opiekę nad dzieckiem:))) Duma!!!

***

Spaaaaaać! Synku daj pospać mamie. I daje:) Dodatkowe cztery godziny. Kokosimy się w łóżku do południa, a Groszek budzi się z gigantycznym apetytem! Co ja narobiłam? Dziecko bym zagłodziła...

***

Nie dostaję rad. Otoczenie uznaje moje doświadczenie i nie próbuje mówić co i jak. Nie dotyczy to teściowej oczywiście ;) "Czemu on tak wisi przy piersi? Może nie dojada?? Ciekawe kiedy skończy Ci się mleko??? Obstawiam trzy miesiące, tak jak u mnie."

***

Groszek ma cudownego Tatę!!! Któregoś dnia patrzy na niego i mówi do mnie: "Wiesz? To jest najpiękniejsze dziecko, jakie kiedykolwiek w życiu widziałem."
Rozczula mnie Jego czułość:) Po pracy pierwsze co robi to biegnie do Małego, żeby go przytulić, ucałować. Przy przewijaniu zawsze z nim rozmawia, choćby to była trzecia nad ranem, a on padał ze zmęczenia. 

***

Ja mam cudownego męża. Kwiaty dostaję co drugi dzień. Zbieram komplementy, wyrazy uznania i wdzięczności. Cierpliwość, jaką wykazuje dla moich humorów (bywam OKROPNA) jest szokująca. Mam ogromne wsparcie! Gdy niepokoi mnie cokolwiek, rozmawia ze mną, tłumaczy, dzwoni do lekarzy, uspokaja, jest gotów jechać na sygnale do szpitala, jeśli to ma mi pomóc. Nie ma takiej potrzeby, Jego ciepło działa, jak najlepsze antidotum na lęki i strachy.




czwartek, 27 kwietnia 2017

!!! DOPŁYNĘLIŚMY !!!



Pamiętam tę chwilę, kiedy zaczęliśmy z mężem starania o dziecko. Towarzyszyły nam podekscytowanie, radość, ciekawość, nadzieja... To była piękna chwila. Młodzi, zakochani, pełni planów, całkiem nieświadomi tego, jaka droga przed nami.

Kiedy zabrakło dla nas biletów na samolot do Australii w pierwszej chwili byłam spokojna. Wkalkulowałam w moje plany taką możliwość. Miałam przygotowany Plan B. Wiedziałam jakich odwiedzić lekarzy, gdzie skierować pierwsze kroki. Nie przyszło mi jednak do głowy, że to nie wystarczy. I dobrze! Bo gdyby dekadę temu ktoś powiedział mi ile będziemy się musieli z mężem nawiosłować... z powodu braku biletów na samolot... Może nie zrezygnowałabym z naszych planów, ale na pewno przygniotła by mnie taka informacja. A tak, żyłam dzień po dniu. Od cyklu do cyklu. Z coraz mniejszą ekscytacją, radością i ciekawością, ale za to z coraz silniejszą nadzieją. To jedno uczucie nie opuszczało ani na chwilę. Rosło w siłę wprost proporcjonalnie do spadku wiary, która osiągnęła poziom tak niski, że do końca ciąży nie udało mi się do końca pojąć, jak to możliwe, że się w końcu udało:)

A teraz? Teraz DOPŁYNĘLIŚMY!!! Bogatsi o ogromne doświadczenie życiowe. Poranieni, ale też silniejsi niż kiedykolwiek. Zaskoczeni tym ile ciepła i miłości spłynęło do nas w ciągu ostatnich lat, szczególnie za pośrednictwem internetu (zakładając bloga NIGDY bym nie pomyślała, jak wzmacniające będzie to doświadczenie). 

Jesteśmy we troje. Mąż, Groszek i ja:) Tulimy się, całujemy, poznajemy. Nie możemy się sobą nacieszyć. Oczy na zapałki. Spać powinniśmy (co Groszek łaskawie umożliwia nam w obfitości), a zamiast tego wpatrujemy się godzinami w nasz wyczekany CUD. I nadal nie dowierzamy. 

Jak to możliwe? Że taki zdrowy, że taki piękny, taki D*O*S*K*O*N*A*Ł*Y. Poszczęściło nam się, jak mało komu:) Przepełniają mnie znowu te uczucia z początku drogi... podekscytowanie, radość, ciekawość i ogromna WDZIĘCZNOŚĆ!

Płaczę minimum raz dziennie! Najsłodszymi łzami na świecie:)))



P.S. Zdjęcie: http://www.thinkpellini.altervista.org/things-i-like/10-things-to-do-if-you-are-not-planning-to-get-married/

piątek, 7 kwietnia 2017

STRACH

Źródło

Ten z bagażnika siedzi, gdzie siedział. Całkiem skutecznie udaje mi się tłumić dochodzące z niego hałasy. Czasem tylko coś się przedrze. Za to pojawiły się nowe. Zaczęły rozsiadać się na kolejnych siedzeniach dla pasażera, a ostatnio próbują nawet okupować kierownicę. Tłoczno się zrobiło w tym moim aucie. 

Mam wrażenie, że "internety" tak bardzo bronią się przed lukrowaną wizją macierzyństwa, że coraz częściej popadają w inną skrajność i rysują naturalistyczną rzeczywistość Zoli. Nie lepiej jest w realu. Znajome matki głównie straszą. Na palcach jednej ręki mogę policzyć sytuacje, w których słyszałam osoby jednoznacznie z macierzyństwa zadowolone. Zadowolone nie znaczy zaślepione, udające że wyzwań nie ma. Zadowolone czyli takie, które cieszą się pozytywami, czerpią z nich garściami, a negatywy traktują, jako naturalny element wychowania dziecka, którego nie ma potrzeby roztrząsać.

Tak więc słucham tych "horror stories" i coraz częściej łapię się za głowę. A potem szukam najsłodszych, ze wszystkich lukrowanych wersji macierzyństwa, jakie uda mi się znaleźć:) Bo po co się martwić na zapas;))) Trudne realia zdążyłam już poznać na własnej skórze nie raz. Po co je rozstrząsać, skoro moim udziałem staną się inne. Nie wiem czy lepsze czy gorsze. Okaże się. Trzeba zaczekać:))))