piątek, 30 czerwca 2017

Nie urodziłam mojego Syna?

O tym, że nie urodzę siłami natury wiedziałam od wielu lat. Gdy lekarz po raz pierwszy o tym wspomniał byłam zawiedziona, ale w tamtym momencie najbardziej chciałam wyzdrowieć, więc nie "zawracałam sobie tym głowy". Kiedy już stanęłam na nogi i słowa lekarza dotarły do mnie na dobre, byłam załamana. Nie dość, że choroba przysporzyła mi mnóstwo nerwów, bólu i stresu to jeszcze zabrała coś o czym tak bardzo marzyłam. Polało się wiele łez zanim zaakceptowałam (jak mi się wtedy wydawało) sytuację. W końcu zresztą i tak nie było się nad czym zastanawiać, bo starania trwały i trwały i bywały momenty, że zastanawiałam się czy będę w stanie urodzić w jakikolwiek sposób. Kiedy więc dowiedziałam się, że jestem w ciąży, byłam przeszczęśliwa (jak zresztą dobrze wiecie;p) i znowu kwestia rodzaju porodu nie spędzała mi snu z powiek. Do czasu...
 
Mniej więcej w połowie ciąży zaczęłam rozmawiać z ginekologiem o cesarce. Jak to wygląda, czego się spodziewać, jak się przygotować, etc. I im więcej rozmawiałam, tym intensywniej wracały do mnie dawne łzy, złość, frustracja. Byłam zawiedziona. Jak to nie urodzę sama? Przecież jestem siłaczką! Po tym wszystkim co przeszłam poród siłami natury to byłoby dla mnie kichnięcie;) Nie pisałam Wam o tym, ale strasznie mnie to męczyło. Niejedną noc zarwałam. Niejeden wieczór przegadałam z mężem, rozważając czy aby nie powinnam jednak zaryzykować (swojego zdrowia). Z jakiegoś powodu (wiwat internety i inne media) ubzdurałam sobie, że taki nieudany start będzie oznaczał dla mnie nieudane macierzyństwo, a dla Groszka to już zupełnie samo zło. Na szczęście obiecałam sobie, że będę się tą ciążą cieszyć do wypęku;p, więc szybko znalazłam sobie tematy zastępcze w tym główny, czyli karmienie piersią. Postanowiłam, że skoro na poród nie mam wpływu (jak się okazało nie do końca), to zrobię co w mojej mocy, żeby karmić naturalnie. Zajęłam się więc zbieraniem informacji i przygotowywaniem do tego zadania najlepiej jak umiałam (o tym kiedyś napiszę więcej szczegółów). Dzięki temu kwestia porodu nie dominowała w mojej codzienności, choć myślałam o niej oczywiście i bałam się komplikacji, powikłań, bólu, dłuższego okresu rekonwalescencji.
 
Nie będę tu wyliczać za i przeciw poszczególnych rodzajów porodów, choć na swój użytek takie zestawienie poczyniłam. Nie będę mówić, że cesarki górują nad porodami naturalnymi, ani odwrotnie. Nie będę pisać, że najważniejsze jest bezpieczeństwo i zdrowie dziecka i mamy bo to dla mnie oczywiste. Napiszę natomiast, jak to było u nas... A było... oczywiście PRZEPIĘKNIE:)))
 
Zacznę może od tego, że wstępny termin zabiegu miałam wyznaczony jeszcze w pierwszym trymestrze. Został ustalony na tydzień przed szacunkową datą naturalnego porodu, bo taka jest praktyka. Nie wiem czy jest tak tylko w szpitalach, w których się konsultowałam, czy w całej Polsce, grunt że ginekolog wytłumaczył mi dlaczego data jest taka, a nie inna. Potem kolejni lekarze potwierdzali go przy okazji badań i ponieważ każdy mówił to samo, byłam przekonana, że wiem kiedy urodzi się mój Syn (dobrze, że nie wygrawerowałam zawczasu daty na zegarku, jaki dałam mężowi z okazji narodzin Groszka;p). I choć początkowo miałam przeczucie, że Groszuń pospieszy się na świat to w obliczu lekarskich autorytetów uciszyłam ten wewnętrzny głos.
 
Na dwa tygodnie przed wyznaczoną datą spotykałam się z moim lekarzem co trzy/cztery dni, żeby upewnić się, że nic ni pokrzyżuje naszych planów. Wszystko szło jak po maśle. Zaplanowałam więc ostatnie dni pod korek. Miały być spotkania z przyjaciółmi, kolacje we dwoje, manicury, pedicury, ostatnie sprawunki, parę imprez. Z pewną trudnością realizowałam te plany bo ostatni czas okazał się być gehenną bóli krzyżowych. Ale co tam, stosowałam zasadę mind over body i sądziłam, że świetnie maskuję trudności, do czasu gdy podczas spotkania przyjaciel (widząc w jakim jestem stanie - niewykluczone, że byłam zielona;p) zaproponował, że zawiezie mnie na porodówkę. Podziękowałam grzecznie, powiedziałam że świetnie się czuję (hahaha) i pomyślałam, co on tam wie. Ja mam swój termin, swoje plany. Jeszcze przecież tydzień do i tak przyspieszonego terminu. Cóż... To było 24h przed tym, jak rozpoczęła się akcja porodowa;) Czyli jednak coś tam wiedział;)))
 
Następnego dnia o północy zaczęły się skurcze. No ale ja miałam swój termin przecież! Tak więc uznałam, że to przepowiadające, wstałam z łóżka, poszłam do salonu i postanowiłam, że przeczekam;p i nie będę zawracać mężowi głowy. Paradoksalnie to była ta noc w tygodniu, kiedy najbardziej się wyspałam. Skurcze nabierały na częstotliwości i intensywności. Gdy się zaczynały zrywały na równe nogi, ale pomiędzy zasypiałam w ułamek sekundy, aż do następnego skurczu i tak gdzieś do piątej nad ranem, kiedy odszedł czop śluzowy (wybaczcie szczegóły). Wtedy zaczęłam mieć wątpliwości i obudziłam męża. Chciał jechać od razu do szpitala, ale przypomniałam mu, że to jeszcze nie termin;p i poprosiłam, żeby ze mną posiedział. Skurcze były nieregularne i co dziesięć, piętnaście minut, więc uznałam, że tak czy inaczej mam jeszcze czas. O siódmej mąż poprosił, żebym zadzwoniła do lekarza. Postanowiłam poczekać jeszcze godzinę, żeby nie zrywać doktora z łóżka;) O ósmej trzydzieści mąż już nie prosił, tylko kazał wybrać numer;)
 
- Dzień dobry Panie doktorze, tu Uczuciowa. Za tydzień mam ustalony termin cesarki, ale dzieje się to i to, więc postanowiłam zadzwonić. Mam czekać prawda?

- Nie, ma Pani natychmiast jechać do szpitala.

- Hmmm... Ale ja dam radę...

- Rozumiem (z uśmiechem w głosie), proszę jechać do szpitala:)
 
I dzisiaj, to by było na tyle.
Jak zwykle się rozpisałam, ehhh...
Część druga niebawem:) 
 

23 komentarze:

  1. Czekałam na taki wpis! Ale nie śmiałam Cię namawiać do zwierzeń. Ale Ty Kobieto to masz żelazne nerwy. Ja to jestem jednak wielka panikara i raz dwa wylądowałabym w szpitalu. Zresztą dla mnie końcówka ciąży to była gehenna i teraz wyrzucam sobie, że odbiły się te moje stresy na Wojtusiu... Z zapartym tchem czekam na ciąg dalszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze to sama się sobie dziwię trochę;) Myślę, że to nie tylko żelazne nerwy... Ja po prostu tak bardzo byłam zafiksowana na określony termin (w końcu całą ciążę przekonywali mnie o tym lekarze, no i ogólnie wszyscy mówią, że pierwsze dziecko to po terminie raczej niż przed), że nie docierało do mnie, że to już. Zresztą ja miałam PLAN! Ustalony z lekarzem, do którego miałam WIELKIE zaufanie. Parę dobrych godzin minęło zanim dotarło do mnie co się dzieje;)
      P.S. Malwuś, nie wyrzucaj sobie! Na Twoim miejscu nie tylko bym panikowała, ale pewnie kazałabym lekarzowi zameldować mnie w szpitalu na miesiąc przed porodem i podpiąć się pod ktg na okrągło. W moim przekonaniu żelazne nerwy to Ty masz!
      A Wojtuś jest cudny! Ma charakterek i rozumiem, że idzie pod prąd w stosunku do Twoich wyobrażeń i planów, ale tak to z dziećmi bywa. Nie do końca realizują nasze oczekiwania. Groszek też mnie zaskakuje i jak np. rozpacza w foteliku samochodowym, to ryczę razem z nim i zastanawiam się co robię nie tak, ale zdroworozsądkowo myślę, że nic. On po prostu nie lubi tego cholernego fotelika;) A ja muszę w związku z tym zaakceptować, że nie zjeździmy pół Europy zanim skończy trzy miesiące;)

      Usuń
    2. O tak, ja też potrafię się zafiksować na to, co zaplanuję :) Macierzyństwo też sobie jakoś tam zaplanowałam i teraz pewne rzeczy trzeba przetrawić. A Wojtuś jest wspaniały i lepszy niż mogłam sobie wyobrazić. Nigdy nie złoszczę się na niego. Wiem, że jego reakcje są czymś podyktowane i na pewno nie jest to chęć dopieczenia matce :) Czasem złoszczę się na swoją bezsilność wobec jakiejś sytuacji, ale z tym to już chyba trzeba się oswoić i jakoś sobie radzić. Tylko mam wyrzuty sumienia, że mu się pod koniec ciąży nie dałam w brzuchu wyspać, tylko ciągle budziłam po nocach, żeby się ruszał.

      A jeździsz sama z Groszkiem? Ja się właśnie do tego zbieram, ale Wojtuś czasem też zaczyna nagle ryczeć w aucie i tak się zastanawiam, jak dam radę. Ale muszę spróbować, choćby na krótsze dystanse. Buziaki!

      Usuń
    3. Jestem pewna, że mimo nocnych "pobudek" Wojtuś miał dokładnie tyle snu ile potrzebował. A zresztą... wyśpi się na emeryturze;) Teraz jest czas spalania energii, której na bank ma pod dostatkiem:) Tak mawiała moja babcia:)
      Od niedawna jeżdżę sama. Koleżanka mnie zmotywowała, mówiąc, że dla tej niezależności, jaką samodzielna jazda daje warto się przemóc. I faktycznie! Niebo, a ziemia:) Nie jestem więźniem we własnym domu. Przed pierwszym razem trzy dni się zbierałam, aż mnie brzuch robolał, a Groszek zrobił niespodziankę i nawet nie pisnął całą drogę, przez co nabrałam wiatru w żagle:) Potem już tak kolorowo nie było;) Ale aktualnie udaje się go zwtkle uspokoić po max 10 minutach. Chyba, że korki i czerwone fale świateł;) Zauważyłam też, że dobrze działa na Niego muzyka, więc śpiewam mu, albo włączam playlistę w samochodzie. Jest taki kawałek Enrique Iglesiasa (?!?!?😜), który działa jak zaklęcie. Zawieszam mu też zawsze jakąś zabawkę, żeby miał się czym zająć i osłaniam od słońca. Ale bywa, że nic nie działa i wtedy pozostaje mi głęboko oddychać. Generalnie im częściej jeździmy tym jest lepiej, ale w dłuższą trasę na razie boję się jechać. Wszystko przed nami.

      Usuń
  2. Uczuciowa ja nie wiem jak wyglądają skurcze które rozpoczynają się naturalnie, ale jeśli chodź trochę przypominają te po oksytocynie to ja nie wiem jak ty tyle czasu spokojnie w domu wysiedziałaś.
    Tak jak Ty poniekąd "ignorowałaś" zbliżający się ciut wcześniej poród, to ja natomiast już 3 tygodnie przed terminem we wszystkim dopatrywałam się objawów że to już :D a koniec końców i tak skończyło się na cesarce 9 dni po terminie. A no i wyjątkowo łaskawa jesteś dla snu doktorka ;) Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, nooo podczas skurczów to nie dało się siedzieć, a już napewno nie spokojnie😜
      A co do oksytocyny to siłą rzeczy nie testowałam, ale z doświadczeń innych matek wnioskuję, że takie porody są duuuuuużo bardziej bolesne, więc myślę że u mnie nie było tak źle:)

      Usuń
  3. to ja Ci w sumie zazdroszczę takiego początku, bo boję się, że termin wybije i nic się nie będzie dziać, a chciałabym bez oksytocyny, po której właśnie ponoć bardziej boli. no i jak już się zacznie, to nie pędzić w pierwszej chwili do szpitala, tylko jak najdłużej czekać w domu, w przyjaznych czterech kątach.
    jak i poprzedniczki niecierpliwie czekam na ciąg dalszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życzę Ci, żeby Twoje obawy były na wyrost i żeby scenariusz, który napisze życie pozytywnie Cię zaskoczył:)))

      Usuń
  4. Nie ważne jaki poród! W mojej osobistej ocenie poród naturalny jest niebezpieczny i wszystko może się wydarzyć.... może moje doświadczenie spowodowało ze mam takie a nie inne zdanie na ten temat. Synka -po parunastu godzinach skurczów przy 8 cm rozwarcia polozna zawolala lekarza który zdecydował o cc. I chwała Bogu bo syn ważył 4500 i miał szersze barki niż główkę. Ogromne ryzyko dystocji barkowej! Mimo ułożenia glowkowego młody nie wstawial się w kanał. Cc to było zbawienie. Drugi porod nawet nie chciałam słyszeć o próbie sn -tu juz jako przypadek po cc miałam teoretycznie możliwość wyboru i nie wyrazilam zgody na sn. Dla mnie jeśli porod to tylko cc, jako przewidywalny, bezpieczny .do niedotlenienia, śmierci i ciężkich zamartwic dochodzi najczęściej podczas sn przy cc to się w zasadzie nie zdarza chyba że wykonane jest nagle gdy poród sn został przedłużony do granic możliwości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się w stu procentach z pierwszym zdaniem. Nie ważne jaki, byle był bezpieczny:)

      Usuń
  5. Jestem tego samego zadnia co Megi W. Tez mialam koszmarny porod i nie wyobrazam sobie rodzic jeszcze raz sn.

    Uczuciowa, wszystkiego dobrego dla Wasz Trojki :) Justyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całą Trójką serdecznie dziękujemy:)))

      Współczuję koszmarnego porodu! Oby następny (jeśli oczywiścoe planujesz) był o niebo lepszy:)

      Usuń
  6. Czeeść Uczuciowa Rodzinko! :*
    Nie trzymaj w niepewności. Pisz! :)

    Całusy :**

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zbieram siły i wolne chwile:) Dziecię me chyba, jakiś skok rozwojowy szykuje, bo od paru nocy mamy regres spania, a to oznacza, że stałam się Zombie;) Wrzucę post, jaksię pozbieram:)
      Buziaki:***

      Usuń
  7. Moje doświadczenie jest podobne do Twojego, z tym że moja Starsza urodziła się 2 tyg przed terminem, a trzy dni po odejściu czopa ;) Odeszły mi wody i mia lam regularne ale zupełnie bezbolesne skurcze do samego końca (czyli rozpoczęcia cc przy całkowitym rozwarciu). Przy drugim juz tak lekko nie było, skurcze bolały jak diabli, a rozwarcie niepostepowalo, co i tak nie miało znaczenia bo drugie też było cięcie. No i zakładanie tego cholernego cewnika! Masakra :D
    Tak jak Ci pisałam jakoś wcześniej karmienie piersią głównie siedzi w głowie więc wiedziałam, że dasz radę :)
    PS. Wiesz co mnie najbardziej zaskoczyło przy cc? Jak mi podnieśli nogę (bo smarują takim pomarańczowym płynem ciało) i patrzę tak na nia i widzę ale kompletnie jej nie czułam i to mnie tak rozbiło zupełnie ;) Moja a nie moja :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tą moją głową to różnie bywa. Czasem odbywa się tam niezła rewolucja, ale na razie udaje mi się zaprowadzić porządek na czas;) Ufff
      Oj straszyli mnie tym cewnikiem, straszyli;) Ale ja go nawet nie poczułam😱 Ani przy zakładaniu, ani przy zdejmowaniu. Zresztą zakładania to nawet nie pamiętam. Szczęściara ze mnie 😉
      Rzeczywiście to jest specyficzne uczucie, jakby... galaretowate 😜 choć ja już tyle razy go doświadczyłam, że zaskoczenia nie było w tym względzie. Jak się okazuje, powracające hospitalizacje i operacje mają swoje plusy 😜

      Usuń
  8. Crazy-cat-lady3 lipca 2017 18:52

    Haha! U mnie skurcze zaczely sie w piatek rano, a maz powiedzial bym poczekala az on skonczy prace i wtedy bedziemy mogli jechac do szpitala ;-) Ja i tak bylam prawie 2 tygodnie po terminie, to co mi zalezalo poczekac jeszcze pare godzin, prawda? ;-) Czekam na kolejny wpis :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahaha
      Wiwat mężczyźni!!!
      Mój 24h po po rodzie nie mógł się pozbierać i mówi: "Wiesz? Nie masz pojęcia, jaki jestem zmęczony!"
      P.S. Czytałam gdzieś kiedyś "zabawne" historie porodowe z udziałem facetów i moja ulubiona jest o tym, że żona mówi do męża, że musi natychmiast zapłacić za znieczulenie, bo ona już nie daje rady, więc żeby pędził do bankomatu. Na co ten wyjmuje telefon i dzwoni przy niej do kumpla, żeby się wcześniej skonsultować, pytając co ten myśli o znieczuleniu. Warto czy nie warto?;)" Zawsze pękam, jak sobie tę sytuację przypomnę, choć myślę, że dziewczynoe do śmiechu nie było w tamtej chwili;)

      Usuń
    2. Crazy-cat-lady7 lipca 2017 17:52

      Rozbroilas mnie ta historia, hahah! Ale mezczyzni to dopiero potrafia odwalic przypal :) Moj kolega usnal na porodowce w czasie gdy jego zona rodzila ich syna! To sie dopiero nazywa tupet ;-) Nawet zdjecie mu zrobili, bo nie mogli uwierzyc ze tak mozna :):):)

      Usuń
    3. Zasnął mówisz? Może zbierał siły, żeby zająć się żoną po porodzie? ;)

      Usuń
  9. Błogosławieni, którzy rodzą przed terminem ;)) 3 tygodnie chodzilam z rozwarciem, czop odszedl tydzien przed porodem przez cc. Akcja nawet sie nie rozpoczela. Do dzis nie moge sie pogodzic z tym, ze wyszlo jak wyszlo (choc porod ostatecznie mialam cudowny) i next time, o ile taki bedzie, bede probowala sn ;)
    Ale fakt faktem, tyle czekalysmy zeby w ogole miec dzieci, ze przejmowanie sie tym jak kto rodzi czy karmi wydaje mi sie...absurdalne ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matko z córką😜 Trzy tygodnie po terminie? Hardcore!!!
      Mnie też się wydaje absurdalne, gdy dotyczy to innej osoby. Każdej kobiecie bym powiedziała, że nie tyle liczy się jak dziecko przychodzi na świat, ile żeby w ogóle przyszło:) I mówiąc to, wierzyłabym w to szczerze. Tylko sobie samej momentami trudno było to wytłumaczyć ;)

      Usuń
  10. Kochana, co u Was? Jak Groszek? Czekamy na update😉😀

    OdpowiedzUsuń