czwartek, 5 października 2017

Nie urodziłam mojego syna? vol.2

Zgodnie z wytycznymi od lekarza pojechaliśmy do szpitala. Wcześniej jednak (nie wiem jakim cudem) wzięłam prysznic, zrobiłam delikatny makijaż, ogarnęłam włosy i strój, a to wszystko między skurczami. I (już) 1,5h później byliśmy w szpitalu. Staję pod Izbą Przyjęć, patrzę, a tam kolejka na cały korytarz. Myślę PIĘKNIE grrrr, ale cóż siadam, wstaję, siadam, wstaję, oddycham, czekamy... Szczęśliwie zanim się obejrzałam zostałam poproszona bez kolejki. Swoją drogą jak teraz o tym myślę, to chyba było logiczne, że pójdę pierwsza;)

Wchodzę, mówię co i jak, że Pan doktor kazał, ale ja nie chcę robić kłopotu i to pewnie nic, bo ja mam termin, więc to muszą być przepowiadające... Podpinają mnie pod ktg, robią badania (tu szczegółów opisywać nie będę, przyjemne to nie było, ale lekarka miała w sobie tyle wyczucia, szacunku dla mnie i delikatności, że poszło ok), małe poruszenie, znowu czekam. W końcu pytam co robimy i przypominam, że ja mam ustalony termin. Ginekolog mówi mi, że nic z tego. W głowie panika. 

- A co z moim lekarzem?
- Nie ma go.
- Wiem, że nie ma, ale kiedy będzie?
- Za trzy dni.
- A ok. To ja poczekam.

I przysięgam Wam, że mówiłam to całkiem poważnie. Naprawdę zamierzałam się "wstrzymać" ;)

- Ale Pani nie może czekać. Pani rodzi.

No i tu nastąpiła krótka wymiana zdań, po której lekarze i pielęgniarki zapewne doszli do wniosku, że trafiła im się wariatka (nie pierwsza zapewne;p). Postanowili więc zmienić taktykę i przestali mówić o porodzie, a zaczęli przeprowadzać mnie przez cały proces małymi kroczkami, no bo przecież nie będę protestować jeśli poproszą o przyniesienie walizki, albo zestawu do pobrania krwi pępowinowej. 

Ja skupiłam się na oddychaniu. Wiedziałam co się święci, ale byłam przerażona, że mojego lekarza nie ma, więc starałam się odsuwać od siebie myśl o przedwczesnym porodzie. Pocieszało mnie, że dzwoni co chwilę i dopytuje i tłumaczyłam sobie, że na bank "przekazał" mnie w dobre ręce. Tym sposobem wylądowałam w sali porodowej. Wykąpałam się raz jeszcze, wysmarowałam jakimś płynem, który mi podali, poprzytulałam do męża i trochę jego zaczęłam uspokajać (jeśli ja byłam wystraszona to on był na skraju zawału). Przebrałam się w gustowną piżamkę szpitalną, w której ku wielkiemu zdziwieniu całkiem było mi do twarzy. Cóż... trudno się dziwić, powoli wraz z adrenaliną napływały endorfiny. Zanim trafiłam na salę operacyjną, zetknęłam się chyba z dziesięcioma osobami z personelu, z których KAŻDA, absolutnie KAŻDA była cudowna. Tak sobie wyobrażam odpowiednią opiekę podczas porodu. Jestem pewna, że wiele traum poporodowych bierze się z zetknięcia z nieodpowiednim personelem. Czasem wystarczy jedno nieodpowiednie zdanie, żeby w tym momencie, gdy kobieta jest tak silna i tak krucha jednocześnie, zranić ją na lata. Miałam mnóstwo szczęścia. Czułam się bezpieczna, rozumiana i wspierana. 

I tak... sama nie wiem kiedy... po czternastu godzinach skurczy, znalazłam się na stole operacyjnym. Nie było tak zimno, jak się spodziewałam. Anestezjolog, który był przy mnie zagadywał, opisywał krok po kroku co się dzieje, trwało to zaskakująco długo, a ja byłam zaskakująco przytomna. Znieczulenie podpajęczynówkowe było "najprzyjemniejszym" ze wszystkich dotychczasowych, ledwie poczułam ukłucie i już go nie było. Nie czułam nawet tego "ognia" w kończynach, do którego przyzwyczaiły mnie poprzednie razy. Potem wszystko szło tak, jak (zgodnie z moją wiedzą) pójść miało. Trochę zimna na brzuch. Trochę szarpania, uciskania. Sporo anestezjologicznych żartów. Gatka szmatka:) 

I nagle usłyszałam TEN głos. 
TEN, na który czekałam tyle lat. 
TEN, za którym tęskniłam podczas tylu nieprzespanych nocy.
TEN, który wypełnił dziurę w sercu głęboką, jak rów mariański. 
TEN, który zatrzymał czas. 

Dokładnie tak. W momencie, kiedy położna mi go podała, takiego ciepłego, mokrego, śliskiego... świat się zatrzymał. Nic nie miało znaczenia. Leżeliśmy tak dłuższą chwilę. Tuliliśmy się. Ta ekstatyczna przyjemność, jaką odczuwałam w zetknięciu z nagim ciałkiem naszego Syna jest nie do opisania. N I E D O O P I S A N I A! Pewnie bym sobie popłakała teraz trochę zawieszona we wspomnieniach, ale tak jak położna przerwała po dłuższej chwili tę euforię, pytając czy dać Groszka Tacie, tak teraz Groszek sam przerywa moje momenty wzruszenia na tysiąc różnych sposobów, przez co piszę ten wpis już drugą godzinę (w międzyczasie pranie, tulenie, karmienie, przewijanie, zabawa;p).

Powiedziałam, że oczywiście, Tata czeka, choć prawda była taka, że nie miałam najmniejszej ochoty rozdzielać się z moim dzieckiem ani na sekundę. Chciałam natomiast wylizać każdy milimetr jego mokrego, pięknego, doskonałego ciałka. Jakie to pierwotne... Cóż... Nie było wyjścia, Groszek narodził się też dla świata. Przestał być już tylko "mój" i  musiałam się podzielić;) Kiedy zobaczyłam, że jest bezpieczny przy Tacie straciłam świadomość na parę chwil. Widać moje ciało musiało odreagować minioną noc (pewnie też cały ostatni tydzień) i szok związany z operacją. Grunt, że ta chwila całkowicie wystarczyła do regeneracji na kolejne parę dni. Po dwudziestu minutach, byłam znowu razem z moimi mężczyznami. Na moją prośbę położna pomogła mi przystawić Groszka do piersi (ehh... akurat tę pomoc mogła sobie darować;p). I tu już na całego zaczęłam się upajać oksytocyną. Groszek okazał się urodzonym ssakiem. Silnym, bystrym, efektywnym. A ja puchłam z dumy i celebrowałam ulgę (ależ się tego momentu bałam). Oczywiście nie sprawdzałam czy zjadł cokolwiek, bo w tych pierwszych karmieniach nie o jedzenie przecież chodzi. Cieszyłam się chwilą i czułam nadludzki przypływ sił. 

Mówią, że poród naturalny daje kobiecie niesamowite poczucie mocy. Myślałam, że nie stanie się to moim udziałem. A jednak, mój poród był doświadczeniem niezwykle WZMACNIAJĄCYM. Nie wiem czy to zasługa mojego nastawienia, czy cudownego personelu, czy braku komplikacji, czy bonusowych skurczy i bóli krzyżowych, które miały mnie przecież ominąć, czy obecności wspierającego męża, czuwania zaufanego lekarza, szacunku z jakim traktowano mnie na każdym etapie tego procesu, czy w końcu mojego doskonałego w każdym calu Syna, który w końcu, po tych wszystkich latach "tułaczki" dotarł do domu, czyli w moje ramiona... Myślę, że wszystkie te czynniki razem wpłynęły na moje samopoczucie, które opisane słowem "euforyczny" straciłoby mnóstwo z bogactwa emocji, jakie wtedy odczuwałam. Każdej kobiecie i każdemu dziecku życzę TAKIEGO satysfakcjonującego porodu. 

A że Groszek nie przeszedł przez "święty kanał rodny"*. Cóż... jak się nie ma co się lubi;) Nie powiem, gdybym była w ciąży i miała dowolność wyboru próbowałabym rodzić naturalnie. Myślę, że jakaś maleńka cząstka mnie będzie żałować, że tak się nie stało. Ale zdecydowanie większa część mnie jest szczęśliwa i wdzięczna, że sprawy potoczyły się właśnie tak, i że na wiele sposobów mnie zaskoczyły. Miało nie być skurczy, a były. Miało nie być akcji porodowej, a była (w części oczywiście). Miało nie być męża, a był i to przez cały pobyt w szpitalu łącznie z nocami (cóż za błogosławieństwo!). Miało nie być kontaktu skóra do skóry natychmiast po porodzie, a był. Miały być problemy z karmieniem, a nie było. Miał być ból nie do zniesienia, a jednak go zniosłam. Miał być mój lekarz, a nie dojechał. A jednak mam nieodparte wrażenie, że mimo tylu zawirowań, lepiej się już urodzić nie dało;)))

A co do tego czy URODZIŁAM czy może wydobyto ze mnie mojego Syna? Nieprzekonanych nie przekonam, ale napiszę do tych, którzy być może mają podobne wątpliwości do moich... Zainspirowana artykułem (KLIK), który BARDZO pomógł mi poukładać w głowie wszystkie rozterki, sprawdziłam definicję słowa rodzić w słowniku:) 

rodzić = dawać początek czemuś, dawać życie

Chirurg, który mnie operował, faktycznie wydobył Groszka z mojego łona. A że zrobił to sprawnie, bezpiecznie a do tego z szacunkiem dla mnie i mojego Syna to będę mu dozgonnie wdzięczna. Ale to ja DAŁAM Groszkowi życie. DAŁAM z siebie wszystko co miałam, żeby sprowadzić Go bezpiecznie na ten świat. I tyle w temacie. Więcej nie napiszę, bo nie przebiję artykułu, który podlinkowałam wyżej. Oddaje doskonale mój aktualny punkt widzenia:)

*mam nadzieję Migdałku, że nie masz mi za złe, że wykorzystałam cytat z Ciebie:) doskonały (!)