środa, 6 czerwca 2018

Czwarty trymestr miodowy


Źródło
 
"No to teraz się zacznie..." - usłyszałam parę razy w różnych okolicznościach jeszcze przed porodem. 

No i zaczęła się... SIELANKA ;)

Na wiele byłam przygotowana, ale nie na to. Spodziewałam się płaczu, nieprzespanych nocy, kolek, skrajnego wyczerpania, problemów z karmieniem, baby blues'a itp.  Szykowałam się, jak na wojnę;) Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że Groszek jest super pogodnym, spokojnym dzieckiem. Śpi w nocy, w dzień czuwa. Je duuuużo, ledwie kończy już zaczyna, ale to przecież nie kłopot dla mamy, która przez tyle lat była spragniona tej niezwykłej bliskości. Jest piękny. Przepiękny. Najpiękniejszy. Mówię Wam serio. Całkowicie obiektywnie;P

Te pierwsze trzy miesiące to była BAJKA. Poznawaliśmy to nasze dziecko i im więcej się o Nim dowiadywaliśmy tym bardziej nas zachwycał. Jeszcze w szpitalu na wieść o wyjściu do domu, uśmiechnął się tak szeroko i przytomnie, jakby serio wiedział co się dzieje. Udało się uchwycić tę chwilę na zdjęciu. Cudowna pamiątka!

W domu było tylko lepiej. Ten zapach... ta słodycz... ten urok... Żadna ilość pocałunków nie wydawała się wystarczająca:) Czysta perfekcja!!!

A skoro taka perfekcja to wszyscy chcą ją dotknąć, ucałować, zobaczyć. Nie zliczę ile osób przewaliło się przez nasze mieszkanie. Tabuuuuuny:) Zaczęło się już w szpitalu. Przyszła najbliższa rodzina (a jest nas duuuuużo). Czasami było mi aż głupio i zastanawiałam się czy jakaś pielęgniarka nie zwróci nam uwagi, że tyle gości u nas przesiaduje, ale mieliśmy z mężem izolatkę tylko dla siebie, więc nikt nie marudził. Parę wizyt mnie zaskoczyło. Mój trener pojawił się niespodziewanie kilka godzin po porodzie co wprawiło mnie w osłupienie;P Przyjaciółka przyszła z mężem i wparowała bez zapowiedzi do mojej sali, tak że musiałam aż spojrzeć czy aby na pewno jestem ubrana;P Szczęśliwie czułam się REWELACYJNIE. Miałam na sobie seksowną koszulę nocną, gustowny szlafrok i wyglądałam jak gwiazda filmowa. Obiektywnie pewnie nie (na pewno raczej;p) ale tak się czułam. Jedna z pielęgniarek sprawiła mi piękny komplement, mówiąc, że nie spotkała jeszcze tak atrakcyjnej, zadbanej mamy raptem chwilę po porodzie. Nie jestem żadną pięknością, nigdy nie byłam z tych kobiet, które używają góry kosmetyków i mają zawsze na sobie ostatni krzyk mody, tym bardziej więc ten komentarz dodał mi skrzydeł:) Potem w domu drzwi też się nie zamykały. Cieszyło mnie to równie mocno co męczyło;p Mama lwica we mnie nie dawała sobie przyzwolenia nawet na chwilę utraty czujności, co jak można się domyślić było wyczerpujące, ale bardzo satysfakcjonujące jednocześnie. Obserwowanie, jak Groszek buduje swoje pierwsze, niezależne od mamy i taty, relacje było BARDZO wzruszające.

Że nie wspomnę o wzruszeniu, jakie ogarniało mnie, kiedy patrzyłam na relację Groszka z Tatą:) Ile czułości, odpowiedzialności, delikatności obudziło się w moim mężu... Szok! Nauczył się układać wiersze!!! Wiele rzeczy było dla Niego nowością, ale był niesamowicie CHĘTNY, żeby się uczyć, poznawać to nasze maleństwo i jego potrzeby. I moje! Ich też musiał się uczyć od nowa. Wracał do domu, jak na skrzydłach i musieliśmy nauczyć się dzielić tym naszym wyczekanym szczęściem, bo każde chciało go tulić, kąpać, przewijać. Dobrze, że chociaż karmienie miałam na wyłączność. Uff!!! :)

Przez te pierwsze trzy miesiące byłam, jak na HAJU. Poporodowym haju. Nigdy nie brałam narkotyków, ale wyobrażam sobie, że mogą działać właśnie tak, jak u mnie zadziałały hormony połogowe i laktacyjne;) Zastanawiałam się co jeszcze sprawiło, że wszystkie rysowane przez otoczenie (i w pewnym wymiarze mnie samą) scenariusze się nie sprawdziły... Stworzyłam caaaałą listę powodów. Tych emocjonalnych i tych praktycznych bardziej. Zacznę od emocjonalnych, w końcu tu o uczuciach ma być;) chociaż nie wiem czy te logistyczne nie odegrały większej roli... 

1. Czarne wizje Tej strategi NIE POLECAM i  sama chyba też świadomie jej nie wybrałam, no ale tak się stało, że spodziewałam się "najgorszego". Efekt był taki, że w zasadzie wszystko co mnie w tych pierwszych miesiącach spotkało było bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Raczej nie polecam jednak takiego podejścia, bo niepotrzebnie napsuło mi trochę krwi przed porodem. 

2. Pozytywne nastawienie Wiem, wiem kłóci się to trochę z poprzednim punktem, ale co zrobić. Pełna jestem sprzeczności;) Chyba chodzi o to, że przygotowałam się na najgorsze, ale nie traciłam nadziei na najlepsze:) Kiedy już wylądowałam w szpitalu, POSTANOWIŁAM, że to będzie piękne, radosne doświadczenie. Szczerzyłam się do siebie i wszystkich na około. Traktowałam personel z życzliwością i wdzięcznością (to nie jest łatwa praca!).  Rozdawałam uśmiechy na prawo i lewo, i mam wrażenie, że to napędzało pozytywną spiralę, bo wracały do mnie każdego dnia z większą siłą. Nawet osoby cechujące się początkową rezerwą, "pękały" przy takim natężeniu mojej euforii i zaczynały się uśmiechać. Takie uśmiechy dawały mi sporą satysfakcję. Myślałam sobie: "Ha! Złamałam tego ponuraka;P" 

3. Tęsknota Tyle lat tęskniłam do Groszka. Tak długo budowałam swoje uczucia dla Niego. Tyle o Nim marzyłam, że jak już się pojawił nic nie mogło zmącić radości. I pisząc nic nie mam tu oczywiście na myśli poważnych komplikacji, a to prowadzi mnie do następnego punktu. 

4. Szczęście Myślę, że w pewnym wymiarze mieliśmy po prostu farta. Urodziło nam się piękne, super zdrowe, wspaniale rozwijające się dziecko. Nie spędzały nam snu z powiek, żadne poważne powikłania, żadne choroby, żadne dramatyczne zwroty akcji. Nie jestem w stanie oddać, jak jestem WDZIĘCZNA za taki obrót spraw! Lata niepłodności boleśnie mnie nauczyły, że rzeczy oczywiste nie zawsze są oczywiste. Ze to co wielu przychodzi łatwo innym przychodzi z wielkim trudem. Jestem (wybaczcie, powtórzę) bardzo wdzięczna, że na tym polu nie musiałam się tak ogromnie trudzić.

A praktyczne powody? Praktyczne odegrały OGROMNĄ rolę. Każdy jest inny. Każdy potrzebuje czego innego. Ja? Ja lubię porządek. Szeroko pojęty. Lubię mieć wszystko poukładane, zaplanowane, zorganizowane. Pojawienie się noworodka jest zawsze dużą niewiadomą. Dlatego zrobiłam co w mojej mocy, żeby przygotować wszystko to na co jednak miałam wpływ. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że te elementy aż tak pomogą. 

1. Sprzątanie Jak wspomniałam lubię porządek. Dlatego przed pojawieniem się Groszka zrobiłam generalne sprzątanie, przeorganizowanie i przemeblowanie przestrzeni. Wszystkie zalegające od lat w piwnicy, garażu, czeluściach szafek, etc. niepotrzebne rzeczy wywaliłam, sprzedałam, sprezentowałam. Zrobiłam miejsce na nowe. Uporządkowałam pokój Groszka. Przygotowałam wszystkie ubranka, kosmetyki, kocyki, pieluszki, tak żeby czekały już tylko na Niego. Udekorowałam kącik do karmienia i zadbałam, żeby był przytulny i wygodny. Już na dobrych kilka tygodni przed porodem Jego pokój był w takim stanie, że mogłam spokojnie w każdej chwili wejść do niego z dzieckiem, przewinąć, nakarmić, wykąpać, przebrać, wszystko było pod ręką. Kiedy wróciliśmy ze szpitala bardzo to pomogło, bo nie biegałam nerwowo po domu szukając gazików, kremu, czy ubranek, tylko spokojnie mogłam się skupić na Nim. 

2. Zakupy Właściwie nie zastanawiałam się co kupić. Miałam już doświadczenie z maluchami, trochę własne, trochę ''zapożyczone'';) W większości wiedziałam czego będę potrzebować. Zrobiłam parę wyłomów na gadżety, których nie byłam pewna. Tylko jeden się nie sprawdził. Reszta okazała się strzałem w dziesiątkę (gdybyście chciały mogę zrobić wpis o wyprawkowych hitach i kitach;P choć u nas to właściwie same hity). Kiedy wróciliśmy do domu, pomyślałam sobie, że żyjemy w cudownych czasach. Te wszystkie rzeczy nie są oczywiście niezbędne. Nasze mamy sobie świetnie radziły. A jednak, jak pomyślę jakie to ułatwienie, to za głowę się łapię jak One dawały radę:) Ja miałam wszystko czego potrzeba i więcej;) Przez pierwsze tygodnie właściwie nie dotykałam laptopa (chyba, że chciałam przesłać zdjęcia Groszka). Nie chodziłam po sklepach. Nie traciłam cennych pierwszych chwil z moim Maleństwem. Nie było takiej potrzeby.

3. Gotowanie Oj to był strzał w dziesiątkę! Podejrzewałam, że to dobry pomysł, ale nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo, bo nikt z moich znajomych/rodziny nie robił czegoś takiego wcześniej. Jaka to była uuuulga, że codziennie mam gotowy ciepły obiad i śniadanie. Groszek nie ma takich babć/cioć, które zaopatrywałyby nas regularnie w świeże posiłki, wypieki etc. Byliśmy zdani na siebie. Fakt, że dzięki pękającej w szwach zamrażarce nie musiałam w pierwszym kwartale Jego życia stać przy garach, zamawiać wątpliwej jakości jedzenia na wynos, albo wydawać fortuny na to jakościowe, był zbawienny. Zbawienny! 

4. System wsparcia Moją największą obawą z okresu ciąży (''jedną z'' bo w sumie było ich sporo jak wiecie) były problemy z karmieniem. Stresowało mnie to do tego stopnia, że spędzałam godziny, dłuuugie godziny szukając informacji na ten temat. Edukując się. Porównując oceny doradców laktacyjnych. Bardzo dużo się dowiedziałam, mocno się przygotowałam, ale też zadbałam o listę kontaktów na wypadek sytuacji kryzysowych. I w ten sposób miałam sprawdzone cztery nazwiska, które w najtrudniejszych chwilach baaaaaaardzo się przydały. Nie wiem co bym zrobiła, gdybym w sytuacji stresowej, z noworodkiem na ręku, miała gorączkowo poszukiwać pomocy na chybił trafił. 

5. Szkoła rodzenia Wybraliśmy taką, która mieściła się w naszym szpitalu. Znaczenie to miało niebagatelne, nie tylko dlatego, że sporo się dowiedzieliśmy (choć tu jakichś wielkich odkryć nie było), ale głównie przez to, że poznaliśmy i daliśmy się poznać dużej części personelu. Przez to na oddziale czułam się trochę, jak w domu. A jego pracownicy nie byli obcymi osobami, tylko tak jakby życzliwymi znajomymi:) Myślę, że wsparcie i pozytywne wzmocnienia, jakie dostaliśmy od nich z mężem w tych pierwszych dniach po porodzie procentuje w naszym rodzicielstwie do dziś. 

Dużo tych przygotowań było, ale rozłożyłam je sobie na długie miesiące. Całą ciążę właściwie krok po kroku realizowałam kolejne punkty planu, dzięki czemu nic mi się nie skumulowało i nie przytłoczyło ciężarem. Przeciwnie. Te przygotowania dawały mi dużo przyjemności. Podkręcały pozytywną ekscytację i radosne oczekiwanie na Groszka:)

A jak przyszło co do czego... To już była czysta EUFORIA :D